| Zapas zabezpieczający - raz |
|
| piątek, 10. lipiec 2009 , 13:28 |
|
|

Jeśli dostawy napływają do magazynu cyklicznie w losowych odstępach czasu, a klienci zgłaszają się po losowe ilości tego towaru, to może się zdarzyć tak, że dla któregoś z nich towaru zabraknie. Takie jest prawo, jakim rządzą się liczby losowe. Najprościej jest pogodzić się z tym i przyjąć, że tak musi być. Można co najwyżej próbować zapobiec sytuacji, gdy klient odchodzi z kwitkiem, gromadząc w magazynie nieco więcej towaru, właśnie na takie przewidywane sytuacje losowe.
Taki zapas słusznie nazwano zabezpieczającym. Kwestią jest jego wielkość i sposób jej obliczania. Na pewno nie może być on nieskończenie wielki, bo nikogo nie byłoby stać aż na takie docenianie klienta. Jak zauważył ostatnio Michael Bonelli, prezydent i główny konsultant „LeadTime Technology” z Wilmington w USA – „zapas to pracujący kapitał, który kosztuje prawdziwe pieniądze” [„Cut your inventory by 20%”, CSCMP Supply Chain Comments, v.43, 2009].
Gdyby nie zapasy, to pieniądze te możnaby użyć na nowe produkty lub rozwój. Potencjalnie są trzy obszary, w których można oszczędzać na zapasach. Autor wyróżnia zapas „strukturalny”, „cykliczny” i „zabezpieczający”.
Okazuje się jednak, że tylko w środkowym rodzaju zapasu nie można szukać tytułowych oszczędności. Ograniczanie zapasu strukturalnego dowodziłoby braku rozsądku. Po to przecież są zapasy, aby gromadzić towar wtedy gdy jest go w nadmiarze, by następnie sprzedawać gdy go brakuje. Zaś trzeciego rodzaju zapasu lepiej nie ruszać, bo wiąże się z nim najwięcej nieporozumień.
Dlatego dla znalezienia 20 % oszczędności, autor zajął się zapasem cyklicznym. Tu teoria podpowiada proste rozwiązanie, by zmniejszyć rotację. Gdy osiągnie się cykl jednodniowy to potrzeba zapasu znika. Potem tylko przedstawiciel firmy, która stała się ikoną tzw. „just in time” musi tłumaczyć się na konferencji, że firma nie wymusza na dostawcach gromadzenia zapasów, gdyż oni to robią dobrowolnie. Odnośnie zapasu zabezpieczającego istnieje powszechna opinia, że trzeba go utrzymywać ze względu na losową zmienność popytu i podaży. Pokrywa on pewien procent tej zmienności, co przekłada się na tzw. poziom obsługi. Byłby on zupełnie zbędny gdyby wiedzieć ile towaru na pewno zakupi klient i kiedy na pewno może go dostarczyć producent.
Niestety obie te dane są niepewne, więc nikt nie poddaje wątpliwościom inwestowania w zapas zabezpieczający. Mało kto się zdobędzie na ograniczenie tego kosztownego zapasu, mając przed oczyma wyobraźni niezadowolonego klienta, któremu trzeba wytłumaczyć, dlaczego nie został obsłużony. Wobec takiej perspektywy łatwiej pogodzić się nawet z tym, że każde zwiększenie virtualnego poziomu obsługi wymaga niemal wykładniczego zwiększenia realnego zapasu zabezpieczającego. Dotychczas byłem przekonany, że logistyce brakuje określenia przedmiotu, jakim się zajmuje i stąd najrozmaitsze nieporozumienia. Gdyby to było zrobione, to w obręb logistyki zostałby włączony cały dotychczasowy dorobek związany z dostarczaniem towarów.
Tymczasem nie jest to takie pewne, przynajmniej w kwestii zapasu zabezpieczającego. Sam w sobie już budzi on mieszane uczucia. Z jednej strony służy on dobrym intencjom, by klient nie odchodził z kwitkiem. Z drugiej jednak strony sama koncepcja poziomu obsługi budzi zasadnicze wątpliwości. Jak bowiem można zaliczyć do logistyki propozycję, by kilka procent potencjalnych klientów (to nic, że mało) nie otrzymało potrzebnego im towaru, bo tak wynika z analizy odchylenia standardowego jakiejś zmiennej losowej?
Przy takiej postawie nigdy nie byłoby np. Beatlesów. Gdyby Brian Epstain nie zaniepokoił się, że coraz to jakiś klient odchodzi z jego sklepu bez płyty tego zespołu, to może do dziś nie nagranoby żadnej ich piosenki. Mimo, że był to niewielki procent obniżający wysoki poziom obsługi w jego sklepie, to zadbał o to by płyty zaczęto produkować i sprzedawać. |