Wydawałoby się, że droga to rzecz prosta. Pasemko terenu prowadzące do jakiegoś celu. Utwardzone gdy teren zbyt miękki, wygładzone gdy podłoże zbyt wyboiste, pokryte asfaltem gdy droga ma być gładka. Ale nie. W tworzonych systemach transportowych droga może pełnić troistą rolę, jako środek do realizacji jakiegoś celu. Gdy umożliwia dotarcie do jakiegoś miejsca, to jej funkcją jest zrealizowanie postulatu dostępności. Gdy umożliwia przemieszczenie z jednego miejsca do drugiego, to służy do realizacji postulatu łączności.
Gdy zaś służy do odnalezienia zlokalizowanych wzdłuż niej budowli, to oczywiste jest spełnianie przez drogę postulatu przejrzystości. W czasach gdy człowiek poruszał się o własnych siłach, te role przenikały się wzajemnie i nie wpływały na postać drogi. Nawet dzisiaj przy różnym wykorzystaniu dróg mogą one być zbudowane tak samo. Można jednak odnieść wrażenie, że fachowcy od dróg nadal żyją myślami w epoce pieszego komunikowania się i funkcja łączności drogi myli się im z funkcją dostępności.
Budują drogi tak, że co kilkadziesiąt a nawet co kilka kilometrów drogę szybkiego ruchu do łączności międzymiastowej wciskają w wąskie uliczki kolejno mijanych miasteczek, gdzie umożliwia ona mieszkańcom dostęp do rozmaitych budynków. Często ta droga o zmienionej funkcji przebiega tuż obok szkoły, szpitala czy cmentarza. Pod pozorem troski o mieszkańców, bez żadnych skrupułów wymusza się na kierowcach obniżenie prędkości za pomocą odpowiednich znaków drogowych. A nawet dodatkowo wymusza się na samorządach montowanie fotoradarów.
Wprowadzeni w błąd mieszkańcy miasteczek słusznie oburzają się, że dalekobieżne pojazdy przeszkadzają im w spacerach po mieście i w robieniu zakupów. Jak ostatnio zauważyłem, tę cudzą niekompetencję próbują naprawiać władze niektórych miasteczek na trasie ze stolicy w kierunku wybrzeża. Odgradzają wysokimi płotami obce ciało, jakim jest droga międzymiastowa wciśnięta im przez drogowców. Robią tak, aby uniknąć kompromitowania się stawianiem znaków ograniczenia prędkości i nie toczyć nieustannej walki z pędzącymi wiatrakami. Niestety są to wyjątki. Dużą grupę małych miasteczek stanowią te, w których stawia się fotoradary i próbuje zarobić na walce z normalnymi odruchami kierowców. Reszta pozostawia sprawę swojemu losowi ustawiając znaki ograniczenia prędkości licząc na to, że kierowcy będą je zauważać.
Patologicznym przykładem niepotrzebnej inwestycji może być droga ze stolicy na zachód biegnąca przez podwarszawskie miejscowości. Po wieloletnim remoncie jest ona prosta, gładka i szeroka. Wyznaczono na niej dwa pasy ruchu z szerokimi poboczami i pasami do skrętu w lewo. Łaskawie podwyższono dopuszczalną prędkość do 60 km/h i co kilka kilometrów poumieszczano fotoradary. Ogromny wysiłek remontowy poszedł na to by na tej drodze można było jechać o 20 km/h szybciej niż na remontowanym gdzie indziej odcinku, na którym ruch odbywa się wahadłowo po jednym pasie. Po kilkunastu minutach przepisowej jazdy tą zmodernizowaną drogą zacząłem z nudów rozglądać się za jakąś gazetą do czytania, aż wreszcie zrezygnowałem z jazdy.
Na tym odcinku powstał więc kolejny obszar dziwacznej bitwy, której źródłem jest inżynierska nieudolność i próba wykazania, że jazda samochodem to jest ciągłe przyspieszanie i hamowanie. Za marnowane w ten sposób paliwo płacą kierowcy, więc nie spada ono na głowę drogowców. Oni zadowalają się zmarnowanymi pieniędzmi na remont.
W swoim czasie oszczędzili na wyznaczaniu tras omijających małe miasteczka. Nikt im tego nie wytknął, bo nie przyjęła się zasada, że drogę służącą łączności należy budować tak, by można było na całej jej długości zachować tę samą prędkość przejazdową. Ta zasada nadal nie jest przestrzegana, bo np. przyjęto do użytkowania tunel na tzw. Wisłostradzie, w którym dozwolona prędkość jest o 37 % mniejsza od ustalonej na pozostałej części trasy. Jeszcze nie ma odważnego by zamontować w tunelu fotoradar, bo byłaby to inwestycja bez dna. Podobnie jak nieudana była próba zamontowania przed laty fotoradaru na Trasie Łazienkowskiej.
Jak więc widać drogowcom uchodzi płazem dziwaczna konstrukcja wynikająca z pomieszania funkcji drogi. Gdyby hydraulik zaproponował klientowi, aby w magistrali wodnej co kilka metrów wstawiać rurkę pół calową, to ze wstydem musiałby pożegnać się z zawodem. We własnym interesie nie uległby on nawet błaganiom klienta, by tak zrobić. A drogowcy sami wymyślają takie dzieła i jeszcze biorą za to pieniądze, dając świadectwo niezrozumienia funkcji dróg, jakie budują.