23 lipca 2017

Wiadomości » Wywiady

Chłop pańszczyźniany płacił niższe podatki niż dzisiejszy Polak

Chłop pańszczyźniany płacił niższe podatki niż dzisiejszy PolakO podatkach, logistyce, wojsku, podróżach i zwykłym życiu w czasach Rzeczpospolitej Obojga Narodów opowiada dr Radosław Sikora. Historyk i autor „Fenomenu husarii”, „Kłuszyn 1610”, „Wojskowości polskiej doby wojny polsko-szwedzkiej 1626-1629” specjalnie dla spedycje.pl. „ogólny stan dróg był słaby, ale w drugiej połowie XVIII w. zaczął się poprawiać. A i jakość polskich koni i stangretów sprawiała, że podróżowano u nas wówczas szybciej niż przez państwa niemieckie. Cudzoziemcy ze zdziwieniem opisywali prędkość, z jaką polscy stangreci (najlepsi byli krakowscy) pędzili przez kraj”.


Przy zakupach dla wojska wykorzystajmy potencjał polskich firm

Michał Bruszewski: Panie Doktorze, zacznijmy od porównania gospodarczego III RP z I RP. Wiem, iż różnic jest bez mała ale spróbujmy zestawić polskie gospodarki z różnego okresu naszych dziejów. Jakie opodatkowanie było na ziemiach Rzeczpospolitej Obojga Narodów?


Pierwsza Rzeczpospolita istniała ponad dwieście lat. Sporo się w tym czasie zmieniało, więc nie jest łatwo w kilku słowach odpowiedzieć na te pytania. Na przykład co do podatków – te były bardzo różnorodne, ale jednym z podstawowych był podatek od ilości ziemi, zwany łanowym.
Może jednak bardziej interesujące niż wyliczanie rodzajów podatków będzie to, jaka była ogólna wielkość opodatkowania przeciętnego chłopa polskiego. Dla większości Czytelników zapewne szokujące będzie to, że chłop pańszczyźniany płacił niższe podatki (łącznie około 30% swoich dochodów) niż przeciętny Polak dzisiaj. Tymczasem to właśnie tamtych ludzi, ze względu na ich obciążenie, przyrównywało się do niewolników. Jak więc należałoby nazwać Polaków naszej doby?

Z jakich produktów słynęliśmy? Jakich mieliśmy „eksporterów”?

Co eksportowano z Polski? Drogą morską przede wszystkim zboże i towary leśne (drewno, smoła, potaż itd.). Drogą lądową woły. Jak widać eksportowano głównie płody rolno-hodowlane. Ale też import, miał podobny charakter. Importowano sól, wino, ryby, cukier itd.
Wbrew stereotypom, towary rzemiosła, czy przemysłu, stanowiły stosunkowo niewielki procent importu. Na przykład w 1605 roku jedynie 17,3% wartości importu przechodzącego przez Gdańsk, to były tkaniny. W tym czasie 18,2% wartości importu stanowiła sól, 26,8% śledzie, a jeszcze więcej, bo aż 35,0% wino. Nie inaczej było w drugiej połowie XVIII wieku. W 1770 roku tekstylia stanowiły jedynie 2,5% wartości importu, a np. wino 15,5%, tytoń 15,3%, cukier 13,1%, kawa i herbata 11,5%. Stereotypowy pogląd o tym, że eksportowaliśmy produkty rolno-hodowlane a importowaliśmy przemysłowe, jest więc błędny. W ogóle wiele jest mitów odnośnie tamtych czasów. Bardzo mało osób wie, że podstawą bogactwa każdego, nawet najbardziej uprzemysłowionego kraju świata, aż do drugiej połowy XIX wieku, było rolnictwo. Nie rzemiosło czy przemysł, nie handel, nie co innego, ale właśnie rolnictwo. Dlatego to przede wszystkim jego stan świadczył o zamożności społeczeństw i krajów. Więc próba przeciwstawienia „uprzemysłowionego Zachodu” „rolniczej Polsce” jest z gruntu błędna. Jeszcze długo po upadku tamtej Rzeczypospolitej ważniejsze było ile w stosunku do swoich potrzeb dany kraj produkuje żywności.

Na jakim poziomie żył posesjonat, na jakim zwykły hreczkosiej z zaścianka czy mieszczanin – jak byśmy powiedzieli na dzisiejsze standardy, czy ich pensje pozwalały tylko wyżyć od 1 do 1?
W ten sposób przechodzimy do tego, jaki był poziom życia ówczesnych ludzi. Otóż poziom życia zależał wówczas głównie od tego, czy mogli się najeść do syta, czy też przymierali głodem. Trwająca setki lat emigracja ludzi z zachodniej Europy świadczy o tym, że szukali oni miejsc, gdzie mogliby żyć lepiej. Bo też i katastrofalne w skutkach klęski głodu były tam bardzo częste. Na przykład w północnej Italii w 1767 roku sporządzono raport w którym podliczono, że w ciągu 316 lat poprzedzających ten rok, 111 z nich było latami klęsk głodowych, a tylko 16 było latami dobrych zbiorów. Przyczyn tego było wiele. W każdym razie szczęśliwie dla mieszkańców Polski my tych problemów nie mieliśmy. Przynajmniej nie w takiej skali. To właśnie do nas emigrowano z np. krajów niemieckich, czy Niderlandów, ale też ze Szkocji, czy Francji. W samej Polsce też były migracje – na tereny mniej zaludnione i żyźniejsze, choć do XVIII wieku bardziej niebezpieczne do życia ze względu na najazdy Tatarów. Chodzi oczywiście o tereny obecnej Ukrainy.
Niestety historycy niekiedy fałszują obraz dawnych czasów skupiając się na kulturze, osiągnięciach architektury, czy tym podobnych, błędnie sugerując, że to poziom ich rozwoju świadczył o dobrobycie mieszkańców poszczególnych państw. Ludzie wiedzieli jednak swoje. Głosowali nogami. Emigrowali tam, gdzie mogli lepiej żyć. Nie do stojącej na bardzo wysokim poziomie kulturowym północnej Italii, ale na słabo zaludnione, lecz za to żyzne tereny czy to Ameryki, czy też Ukrainy. Bo tam, mimo różnych zagrożeń, żyło się lepiej. Tam mogli najeść się do syta.
Z terenów dawnej Rzeczypospolitej emigracja „za chlebem” rozpoczęła się dopiero pod zaborami. Dopiero wtedy chłopi zaczęli odczuwać „głód ziemi”. Wiązało się to nie tylko ze wzrostem populacji, ale też i ze zniesieniem pańszczyzny. Póki ona istniała, polski chłop mógł spać spokojnie. Ciężko pracował, żył skromnie, ale w przeciwieństwie do chłopów z zachodniej Europy, nie umierał z głodu. Nie był też przymuszany do służby wojskowej. A szlachta?
Poziom życia tej grupy społecznej był nadzwyczaj zróżnicowany. Wielu było takich, którzy żyli równie skromnie, jak chłopi. A może nawet skromniej, bo gołota, czyli szlachta, która nie miała ziemi, była de facto w gorszym położeniu niż chłop pańszczyźniany. Z drugiej strony była taż bardzo wąska grupa niesamowicie bogatych ludzi. Chodzi rzecz jasna o magnaterię. Tej niczego nie brakowało. Tak więc różnice w obrębie tego samego stanu, teoretycznie równego pod względem prawnym, były kolosalne.


(Lisowczycy przed gospodą pędzla Józefa Brandta...)

Jak wyglądała sprawa transportu w XVI i XVII w. – jak długo podróżowano? Jaki był stan ówczesnych traktów, gościńców? Ile trwał np.: transport morski polskiego zboża na Zachód Europy?

Należałoby zacząć od tego, że różni ludzie mieli różne potrzeby podróżowania. Co innego szlachcic, który podróżował po całej Rzeczypospolitej, odwiedzając swoich krewnych, czy w interesach, albo podążając na wojnę, czy z niej wracając, a co innego zwykły chłop, którego interesował tylko kościół, targ w pobliskim miasteczku, czy też karczma.
Średniozamożna szlachta podróżowała dość często i daleko. Lubiła ta. Miała takie możliwości. Niewiele ją to kosztowało. Zawsze bowiem mogła liczyć na staropolską gościnność w każdym napotkanym dworku. Podróżowała konno, bądź wozami. Zimą na saniach. Ze względu na zły stan dróg i mostów, szybciej podróżowało się właśnie zimą, kiedy lód ściął rzeki, a pokryte śniegiem pola stawały się jedną wielką „autostradą”, po której można było pędzić gdzie się chciało.
Co do rzek, to te oczywiście były niezbędne do transportu zboża. Nie opłacało się go wozić wozami na zbyt wielkie odległości. Aby sprzedać zboże dalej niż tylko w najbliższym miasteczku, trzeba było mieć dostęp do spławnej rzeki. Miały go tereny obecnej Polski (Wisła, Warta). Nie miały te, które należą dziś do Ukrainy. Choć rzek tam nie brakuje, to jednak ich ujścia były w tatarskich rękach, co blokowało handel. A na dodatek największa ukraińska rzeka, czyli Dniepr, była zawalona tak zwanymi porohami – kamiennymi progami, przez które ledwie mogła przepłynąć łódka i to z wielkim niebezpieczeństwem. Dlatego w południowo-wschodniej Polsce hodowano woły, które później przepędzano na Śląsk i dalej na zachód. Tak omijano problem niespławnych rzek.
Jak wspomniałem ogólny stan dróg był słaby, ale w drugiej połowie XVIII w. zaczął się poprawiać. A i jakość polskich koni i stangretów sprawiała, że podróżowano u nas wówczas szybciej niż przez państwa niemieckie. Cudzoziemcy ze zdziwieniem opisywali prędkość, z jaką polscy stangreci (najlepsi byli krakowscy) pędzili przez kraj.
Trzeba też wspomnieć o karczmach – tym nieodłącznym elemencie krajobrazu dawnej Polski. Były to miejsca, gdzie zatrzymać mógł się każdy podróżny. Ale oprócz darmowego noclegu w brudzie i smrodzie, a często, gęsto wśród wszy i pluskiew, nie mógł on liczyć na wiele więcej. Karczmy były przede wszystkim miejscem, gdzie sprzedawano alkohol. Także miejscem niedzielnych zabaw chłopów. A nie przydrożnym motelem, nastawionym na utrzymanie z podróżnych. Kto więc znał polskie warunki, ten zamiast do karczmy, pędził do szlacheckiego dworku, którego gospodarze zwykle byli nadzwyczaj wdzięczni każdej wizycie"
Zdumiewało to cudzoziemców, którzy nie ukrywali swego zadowolenia z tego, jak życzliwie i za darmo gościła ich polska szlachta.

Lisowczycy potrafili konno pokonać nawet 150 km dziennie i to po dzikich terytoriach carstwa rosyjskiego. Jak to osiągali?


Sposób był jeden i ten sam. Czy to w przypadku lisowczyków, czy Tatarów, którzy podróżowali identycznie. Jeździec zabierał ze sobą kilka koni, na które w czasie marszu przesiadał się. W ten sposób konie mniej się męczyły. A człowiek? O lisowczykach powiadano, że mają tyłki twardsze niż Niemcy zęby. Trzeba było być niesłychanie odpornym, by znieść tak długą podróż na koniu. Ale kto to wytrzymał, to jednym ciągiem mógł przejechać nawet 300 km. Tyle pokonali Tatarzy w 1642 roku, przejeżdżając od Azowa do rzeki Mołoczny bez zsiadania z koni. To już nie była „podróż po autostradzie”. To można porównać tylko i wyłącznie do przelotu odrzutowcem. No ale na takie wyczyny mogli sobie pozwolić tylko znakomicie przygotowani fizycznie ludzie, którzy z końmi żyli od najmłodszych lat. A i te konie nie mogły być byle jakie...

Chwile porozmawiajmy o logistyce wojskowej w Rzplitej. Polska wówczas toczyła prawie ciągle wojny: z Moskalem, ze Szwedami, powstania kozackie, z Tatarami, z Siedmiogrodem, z Turcją. Gdy się wczytamy w historię tych wypraw i walk prawie zawsze pojawia się obraz nieopłaconego, wygłodniałego żołnierza, który mimo wszystko dzielnie staje do walki i wygrywa z przeważającym wrogiem. A co z taborami i wojskową logistyką? Jak wyglądaliśmy na tle ówczesnej Europy w tej materii?

Mało ludzi czytając o wojnach w dawnej epoce, zdaje sobie sprawę z trudności logistycznych, jakie napotykały ówczesne armie. Ale nie można mieć o to pretensji do ludzi, skoro najwybitniejsi wodzowie w historii ludzkości nie doceniali tego zagadnienia. Wyprawa króla szwedzkiego Karola XII na Moskwę w latach 1708-1709 skończyła się jego klęską. U jej źródeł leżały właśnie kwestie logistyczne. To samo można powiedzieć i o inwazji Napoleona w 1812 roku, i o napaści Hitlera w 1941 roku.
Polacy na tych terenach działali przez setki lat, dlatego wiedzieli co to znaczy duża przestrzeń, mała gęstość zaludnienia, ostry klimat. Wiedzieli i stworzyli taki system, który potrafił sprostać tym wszystkim przeszkodom. Nie bez powodu wyprawa Żółkiewskiego na Moskwę w 1610 roku zakończyła się sukcesem. Oczywiście kapitalne znaczenie miała jakość polskiej armii, która pod Kłuszynem pobiła kilkukrotnie liczniejszą armię nieprzyjaciela, ale do bitwy w ogóle by nie doszło, gdyby Polacy nie potrafili się najpierw wyżywić. A jak to robiono?
Najogólniej mówiąc zabierano ze sobą całe mnóstwo wozów, a na nich prowiant, który w normalnych warunkach miał starczyć na około pół roku wojny (dla porównania, Napoleon idąc na Moskwę przygotował prowiant na 24 dni). Zabierano też mnóstwo tak zwanej luźnej czeladzi, czyli uzbrojonych sług. Czeladź tą w trakcie marszu czy obozowania, rozsyłano w okolicę, by stamtąd, czasami z odległości nawet 300 km, zwoziła prowiant i paszę. W ten sposób armia polska była niezależna od magazynów. Potrafiła operować w terenach słabo zaludnionych przez czas, jaki nie śnił się zachodnim wodzom. Miało to jednak swoje wady. Tak wielka ilość ludzi i koni, które tworzyły armię (teoretycznie tylko nieliczną, bo tylko mały jej procent nazywano żołnierzami), bardzo pustoszył okolice, po której się poruszał. Pół biedy, gdy maszerowano przez kraj wroga. Gorzej było, gdy przemieszczano się po własnym. Narzekania na przemarsze własnego wojska były nieodłącznym elementem toczonych wówczas wojen. Ale... Dzięki temu armia polska w ogóle funkcjonowała, gdy zachodnie na tym terenie wymierały z głodu, zimna i chorób.

Dziękuję za rozmowę
Rozmawiał Michał Bruszewski
zdj: wikimedia commons

Podaj adres email

Wprowadź treść komentarza

Ze względów bezpieczeństwa komentowanie artykułów wymaga potwierdzenia wpisu.
Państwa komentarz będzie wyświetlony po kliknięciu linku wysłanego na wprowadzony adres email.

 
Arsped Sp. z o. o. 2009-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Zapoznaj się z polityką prywatności×